Zestawienie – przerażenie

Krew mnie zalewa za każdym razem, gdy ktoś używa argumentu jakoby Hitler był socjalistą. Taki z niego socjalista jak ze mnie komunistka. Narodowy socjalizm zwany nazizmem ma tyle wspólnego z socjalizmem, co posiłki półmięsne z wegetarianizmem. A właśnie – Hitler był też wegetarianinem. Był też katolikiem. Przynajmniej w obrębie deklaracji. Tak miłosierny w swej wierze, tak bogobojny i prawy, że nawet zwierząt nie jadał. Ale w innych-poza kulinarnymi- aspektach życia przejawiał odmienne przekonania. Dlatego używanie argumentu socjalizmu Hitlera ma tyle sensu, co używanie argumentu jego wegetarianizmu. Na pewno każdy, kto nie je mięsa, zamierza eksterminować jakiś naród, a każdy, kto jest socjalistą, tylko marzy o wielkiej wojnie. Czytaj dalej

Reklamy

Niewolnik potrzebny od zaraz

W dobie kryzysu, który dopada wszystkich poza prezesami i dyrektorami, którego ciężar ponosi każdy z wyjątkiem zarządów, należy spuścić głowę, pozbyć się jakiejkolwiek dumy, jeśli jakąś jeszcze posiadamy, a przy okazji pozbyć się również godności, żeby być pożądanym i poszukiwanym na rynku pracownikiem. W sumie z tym słowem „pracownik” to bym nie przesadzała, bo właściwie nie do końca o to chodzi. Jest bowiem prawdą, że są kłopoty z pracą na rynku, jednakże chodzi tutaj o pracę odpłatną. Praca jest i to wszędzie, gdzie człowiek nie spojrzy. Jedynym problemem jest to, że jest to praca darmowa, wyzyskująca, niewolnicza. Czytaj dalej

Chcieliście przedsiębiorczości, no to ją macie

Od ponad 20 lat w Polsce jest rozkwit gospodarczy, wcielanie idei wolnego rynku, liberalizacja i wyniesiona pod niebiosa przedsiębiorczość. Państwowe zostało sprywatyzowane, prywatne uskrzydlone i w ogóle ktokolwiek ma pomysł na biznes, żyłkę biznesową, biznesowe ambicje i inne takie – jest godny naśladowania. Hasła popyt i podaż zostały odmienione przez wszystkie dostępne i niedostępne przypadki (ach ta kreatywność) i każdy drobny ciułacz, który ma zarejestrowaną działalność gospodarczą staje w szeregu z wielkimi korporacjami jako przedsiębiorca. Ludzie pędzą zza pieniędzmi, które są jedynym wyznacznikiem sukcesu i po drodze tracą z oczu wszystko inne. Nawet godność, moralność czy szacunek, a wysoko uplasowanej w moim kodeksie empatii nawet nie wspominając.

Nie wiem czy trzeba być jasnowidzem, żeby przewidzieć, to jakich wynaturzeń coś takiego doprowadzi. Mnie się wydaje, że wystarczyłoby posługiwanie się zwyczajną logiką, ale gdzieżby tam o logice myśleć, skoro myśli się o przedsiębiorczości?

Dlatego dzieje się dziwnie, a nawet źle. Czytaj dalej

Wyprzedaż godności

Coraz częściej zauważam, że nie ma godności, nie istnieje takie pojęcie, ludzie nie wiedzą, co to znaczy, nie chcą wiedzieć, nie walczą o godność  w swoim życiu. A przecież nie jest to pusty slogan, plakietka do przepięknie na ścianie zapomnianych wartości. Godność jest ważna, dla niej ludzie umierali. Kiedyś „żyć godnie” coś znaczyło, była to wartość, o którą dbano. Jak to się stało, że zapomnieliśmy o godności? Jak doszło do tego, że dla zysku jesteśmy w stanie własną godność wyrzucić do śmietnika, zapomnieć  o niej i udawać, że nigdy jej nie było?

Odpowiedzią są pieniądze. Czytaj dalej

Obywatel drugiej kategorii

Właściwie w trakcie pisania tekstu trafiłam na spotkanie dotyczące sytuacji kobiet w Polsce po 1989 roku i zdałam sobie sprawę, że równie dobrze mogłabym tak zatytułowany tekst napisać o nich. O nas! Ale nie, będę sie trzymała tego, co było pierwotnie moim zamierzeniem, bo naprawdę w tym kraju jest coraz więcej obywateli drugiej kategorii, którzy stają się nimi z tak rozmaitych powodów, że zaczynam się obawiać, że nikogo to nie ominie i każdy wcześniej czy później zostanie w tej kategorii zaklasyfikowany. No może są wybrańcy – bogaci mężczyźni z dobrym wykształceniem, jedynym słusznym wyznaniem, odpowiednimi poglądami i „właściwą” orientacją seksualną, biali i dobrze ustawieni w życiu – którym nie będzie dane, ale z nimi nijak się nie identyfikuję, więc może sobie daruję takie odniesienia. Będę pisała o tych, którzy trafili do drugiej kategorii bez sensu i gospodarczo, chociaż właściwie nie wiadomo dlaczego. Czytaj dalej

Z pamiętnika prekariuszki

Jest kobieta. No powiedzmy dziewczyna, bo pragnąc prześledzić ścieżkę jej niewątpliwej kariery zawodowej musimy zacząć od samego początku, gdy była bardzo młoda, niedoświadczona i chcąc zarabiać zdecydowała się na taką pracę, jaka była dla niej akurat dostępna. Była to sprzedaż swego rodzaju gazetek, z której to sprzedaży miała jakiś nikły procent, pozwalający jej mieć swoje pieniądze, chociaż były one żałosne.  Nie rozliczano realnego nakładu jej pracy, nikogo nie interesowało ile godzin na tę pracę przeznacza, ile energii w to wkłada. Liczył sie efekt – ilość sprzedanych gazetek. Z celu większej mobilizacji dziewczyna ta miała możliwość decydowania o tym, ile realnie zarobi, bo jeśli sprzedała w danym okresie rozliczeniowym wszystko, co pobrała z firmy, to procent zarobku rósł. Niestety naprawdę wyglądało to tak, że dostawała takie ilości gazetek, których nie dało się normalnie w tym czasie sprzedać bez pozbawienia się całkowicie życia prywatnego i poświęcenia całego czasu poza spaniem na sprzedawanie. Ale jeśli jakimś cudem, nadludzkim wysiłkiem jednak udało jej się to sprzedać, to następnym razem dostawała gazetek więcej, żeby podnieść poprzeczkę, rozwinąć ją zawodowo, a przede wszystkim uniemożliwić przesył większej ilości pieniędzy z kieszeni jej pracodawcy do jej własnej. Czytaj dalej