Kto by nie chciał pracować w Biedronce ?

Swego czasu chodziłam trochę na castingi do reklam. Ot taka próba podreperowania budżetu własnego łatwymi pieniędzmi. Byłam na castingu do reklamy, do której na szczęście się nie dostałam. Gdy tylko ją zobaczyłam – ogarnął mnie pusty śmiech. Była tak idiotyczna i nieprawdziwa, że nawet w świecie iluzorycznego świata reklamy się wyróżniała. Fałszem śmierdziała na odległość podobnie jak i cała kampania, której była częścią. I to hasło reklamowe „Kto by nie chciał pracować w Biedronce?”.

I moja pierwsza myśl: „JA!!!”. Na szczęście nie byłam osamotniona i po emisji reklamy w telewizji oraz rozwieszeniu plakatów, z których najbardziej dotknęła mnie pani wiolonczelistka, która konserwatorium skończyła, ale pracy w zawodzie dla niej nie ma, więc siedzi na kasie (ja to tak odebrałam, a nie tak, jakby to firma chciała przedstawić, ze co tam wielkie sale orkiestrowe, wielkie magazyny biedronkowe to szczyt marzeń muzyka) – pojawiła sie stroną, na której KAŻDY mógł powiedzieć, że nie chce w Biedronce pracować. I lista tych, którzy NIE CHCĄ była spora. I nic dziwnego
Czytaj dalej

Reklamy

Niewolnik potrzebny od zaraz

W dobie kryzysu, który dopada wszystkich poza prezesami i dyrektorami, którego ciężar ponosi każdy z wyjątkiem zarządów, należy spuścić głowę, pozbyć się jakiejkolwiek dumy, jeśli jakąś jeszcze posiadamy, a przy okazji pozbyć się również godności, żeby być pożądanym i poszukiwanym na rynku pracownikiem. W sumie z tym słowem „pracownik” to bym nie przesadzała, bo właściwie nie do końca o to chodzi. Jest bowiem prawdą, że są kłopoty z pracą na rynku, jednakże chodzi tutaj o pracę odpłatną. Praca jest i to wszędzie, gdzie człowiek nie spojrzy. Jedynym problemem jest to, że jest to praca darmowa, wyzyskująca, niewolnicza. Czytaj dalej

Byle tylko dzisiaj nie zwariować

Są takie dni, gdy nic mnie nie cieszy, nic mi się nie podoba i całe moje życie jest ponurym żartem spaczonego komika. Na co dzień kocham moją pracę. Naprawdę. Nie tylko ją lubię, ale kocham ją niezaprzeczalnie. Ale w takie dni mnie drażni, denerwuje, czuję się w niej niedoceniana, źle wynagradzana i w ogóle mam wrażenie, że mogłabym robić cokolwiek, a nic by się nie zmieniło. Traci ona dla mnie sens, nie widzę jej wartości i w związku z tym przestaje mi się całkiem podobać. A tu jeszcze jest piątkogeddon, czyli dzień, w którym wiele jest do zrobienia nie tylko spraw bieżących, ale też takich przyszłościowych. Jak sie dzisiaj nie zbiorę w sobie, to nie będę miała co robić przez cały kolejny tydzień, bo nie ustalę grafiku i … lipa totalna, pomroczność jasna i inne plagi. A im bardziej zdaję sobie sprawę z tego, ile jest do zrobienia, tym bardziej mi sie tego robić nie chce. Czytaj dalej

Chcieliście przedsiębiorczości, no to ją macie

Od ponad 20 lat w Polsce jest rozkwit gospodarczy, wcielanie idei wolnego rynku, liberalizacja i wyniesiona pod niebiosa przedsiębiorczość. Państwowe zostało sprywatyzowane, prywatne uskrzydlone i w ogóle ktokolwiek ma pomysł na biznes, żyłkę biznesową, biznesowe ambicje i inne takie – jest godny naśladowania. Hasła popyt i podaż zostały odmienione przez wszystkie dostępne i niedostępne przypadki (ach ta kreatywność) i każdy drobny ciułacz, który ma zarejestrowaną działalność gospodarczą staje w szeregu z wielkimi korporacjami jako przedsiębiorca. Ludzie pędzą zza pieniędzmi, które są jedynym wyznacznikiem sukcesu i po drodze tracą z oczu wszystko inne. Nawet godność, moralność czy szacunek, a wysoko uplasowanej w moim kodeksie empatii nawet nie wspominając.

Nie wiem czy trzeba być jasnowidzem, żeby przewidzieć, to jakich wynaturzeń coś takiego doprowadzi. Mnie się wydaje, że wystarczyłoby posługiwanie się zwyczajną logiką, ale gdzieżby tam o logice myśleć, skoro myśli się o przedsiębiorczości?

Dlatego dzieje się dziwnie, a nawet źle. Czytaj dalej

Mój list

W obliczu coraz większej ilości artykułów odnoszących się to tzw. „umów śmieciowych”, oskarżających tych, którzy są za nie odpowiedzialni, ale także wskazujących tych, którzy na więcej nie zasługują. W obliczu tonami przysyłanymi do różnych redakcji listów, w których każdy pragnie opisać własne doświadczenie, najczęściej jasno określające kto i na co może liczyć i dlaczego spychani na umowę o dzieło sami sobie są winni, bo się nie starają, nie są wartościowi i nie potrafią zadbać o swoje. W obliczu tego wszystkiego i ja postanowiłam list napisać. Sama do siebie, chociaż możliwości poczty elektronicznej, bezpłatnej i gwarantującej dostarczenie listu do adresata, mogłabym wysyłać to do redakcji wszelakich, które na pewno by to opublikowały, bo przecież sezon ogórkowy rządzi sie swoimi prawami, a temat chwytliwy jak żaden inny w ostatnim czasie. Ale ja sama sobie i do siebie to napiszę, sama sobie przeczytam i opublikuję. Bo potrafię. Bo nie musze liczy cna kogoś, kto za mnie to zrobić. Bo takie czasy, że jak sam się swoim losem nie zainteresujesz, to nie masz co liczyć, że zainteresuje się nim ktoś inny. I nie masz tego prawa wymagać. Czytaj dalej

Obywatel drugiej kategorii

Właściwie w trakcie pisania tekstu trafiłam na spotkanie dotyczące sytuacji kobiet w Polsce po 1989 roku i zdałam sobie sprawę, że równie dobrze mogłabym tak zatytułowany tekst napisać o nich. O nas! Ale nie, będę sie trzymała tego, co było pierwotnie moim zamierzeniem, bo naprawdę w tym kraju jest coraz więcej obywateli drugiej kategorii, którzy stają się nimi z tak rozmaitych powodów, że zaczynam się obawiać, że nikogo to nie ominie i każdy wcześniej czy później zostanie w tej kategorii zaklasyfikowany. No może są wybrańcy – bogaci mężczyźni z dobrym wykształceniem, jedynym słusznym wyznaniem, odpowiednimi poglądami i „właściwą” orientacją seksualną, biali i dobrze ustawieni w życiu – którym nie będzie dane, ale z nimi nijak się nie identyfikuję, więc może sobie daruję takie odniesienia. Będę pisała o tych, którzy trafili do drugiej kategorii bez sensu i gospodarczo, chociaż właściwie nie wiadomo dlaczego. Czytaj dalej

Z pamiętnika prekariuszki

Jest kobieta. No powiedzmy dziewczyna, bo pragnąc prześledzić ścieżkę jej niewątpliwej kariery zawodowej musimy zacząć od samego początku, gdy była bardzo młoda, niedoświadczona i chcąc zarabiać zdecydowała się na taką pracę, jaka była dla niej akurat dostępna. Była to sprzedaż swego rodzaju gazetek, z której to sprzedaży miała jakiś nikły procent, pozwalający jej mieć swoje pieniądze, chociaż były one żałosne.  Nie rozliczano realnego nakładu jej pracy, nikogo nie interesowało ile godzin na tę pracę przeznacza, ile energii w to wkłada. Liczył sie efekt – ilość sprzedanych gazetek. Z celu większej mobilizacji dziewczyna ta miała możliwość decydowania o tym, ile realnie zarobi, bo jeśli sprzedała w danym okresie rozliczeniowym wszystko, co pobrała z firmy, to procent zarobku rósł. Niestety naprawdę wyglądało to tak, że dostawała takie ilości gazetek, których nie dało się normalnie w tym czasie sprzedać bez pozbawienia się całkowicie życia prywatnego i poświęcenia całego czasu poza spaniem na sprzedawanie. Ale jeśli jakimś cudem, nadludzkim wysiłkiem jednak udało jej się to sprzedać, to następnym razem dostawała gazetek więcej, żeby podnieść poprzeczkę, rozwinąć ją zawodowo, a przede wszystkim uniemożliwić przesył większej ilości pieniędzy z kieszeni jej pracodawcy do jej własnej. Czytaj dalej