Kobieta, której na imię namiętność. Kobieta, której na imię władza.

„Maria Stuart” była ostatnim spektaklem granym w ramach Festiwalu Szkół Teatralnych w tym roku. A mnie było totalnie wstyd, ze wcześniej tego nie widziałam. Słyszałam wiele dobrego, kilka osób mnie zachęcało, ale mnie się jakoś nie złożyło. Tak wstyd wielki. I właściwie na ostatniej prostej, gdy już byłam pod teatrem dowiedziałam się, że może mnie to ominąć. Liczba chętnych bowiem przekraczała możliwości małej Sali Teatru Studyjnego, na której ten spektakl grano już przy pierwszym pokazie i wszystko wskazywało na to, ze przy drugim będzie podobnie. Jednak dzięki dobrym, życzliwym ludziom udało mi się trafić na salę. Na całe szczęście. Bo bez tego moja obecność na całym festiwalu byłaby zupełnie niepełna. Czytaj dalej

Reklamy

LALECZKA nie do zabawy

Absolutnie za każdym razem, gdy mam iść do teatru po jakiejś przerwie – i nieważne czy przerwa ta trwa rok, dwa lata czy 3 miesiące – mam te same obawy. Obawiam się, że środki teatralne od ostatniego razu zmieniły się tak diametralnie, że nie będę nadążać i niczego z danej sztuki nie zrozumiem. Podobne odczucia towarzyszyły mi przed pójściem na „Laleczkę” do Teatru Studyjnego. Ta sztuka Tennessee Williamsa została wyreżyserowana przez Jacka Poniedziałka i przez niego również przetłumaczona. A znając dorobek tego aktora i reżysera miałam obawy podwójne. Na szczęście – niesłusznie. Czytaj dalej

„Kamień”… z serca

Każdy, kto mnie zna lub kto czytał to, co pisałam na blogu i w innych miejscach o teatrze wie, że byłam i jestem totalnie zakochana w poprzedniej ekipie Teatru Studyjnego. Chodziłam na ich spektakle namiętnie i bez opamiętania, bo niektóre potrafiłam obejrzeć trzy razy (Męczeństwo i śmierć Jean Paul Marata przedstawione przez zespół aktorski przytułku w Charenton pod kierownictwem pana de Sade spotkał taki zaszczyt)

Z wielką zatem obawą postanowiłam wybrać się na pokaz przedpremierowy spektaklu nowego roku IV Szkoły Filmowej w Łodzi. Pierwszy dyplom, pierwsze spotkania z prawdziwą publicznością (miałam długą rozmowę na temat tego specyficznego określenia publiczności jako prawdziwej, bo właśnie w teatrze dopiero taką aktorzy spotykają; w szkole publiczność złożona jest z tych, którzy sami zajmują się teatrem a oni patrzą na tych młodych aktorów zupełnie inaczej) i to przy wypełnionej sali. Cztery przedpremierowe wieczory i za każdym razem brakowało miejsc, bo chętnych do obejrzenia tych młodych ludzi było więcej, niż możliwości Teatru Studyjnego. Mnie się udało. Czytaj dalej

UWAGI o 32. Festiwalu Szkół Teatralnych

Doświadczyłam 32. Festiwalu Szkół Teatralnych w sposób bardzo osobisty, czemu nikt, kto mnie zna, się nie dziwi. Od miesięcy obserwowałam aktorów ze Szkoły Filmowej w Łodzi i właściwie gdybym mogła zamieszkać w Teatrze Studyjnym, to byłabym szczęśliwa. Obawiałam sie nawet, czy nie postrzegają mnie jako psychofanki, ale ja zwyczajnie tak mam, że jak w coś i kogoś uwierzę, się zachwycę, to mówię o tym głośno i robie wszystko, by jak najwięcej osób też zobaczyło i sie zachwyciło.

Trzymałam za nich kciuki bardzo i po raz kolejny (w przypadku spektaklu „Marat/Sade” po raz trzeci) oglądałam to, co przygotowali. Najlepszy był Paweł Dobek i już wcześniej stwierdziłam, że pójdę do Teatru Nowego na Galę Finałową z C4 i jeśli on żadnej nagrody nie dostanie, to Teatr Nowy przestanie istnieć (oczywiście, że tego nie zrobiłam, bo terroryzuję tylko lotniska, a nie teatry). Chodziłam też na spektakle innych szkół, chociaż nie mogłam być na wszystkim, bo jednak oprócz festiwalu w moim życiu była też praca zawodowa i życie prywatne. Nie wszystko da się na tydzień odwiesić na kołku, chociaż gdyby się dało, to pewnie bym to właśnie zrobiła. I wtedy napisałabym jeszcze więcej o wszystkim, ale i tak kilka tekstów powiązanych z 32. Festiwalem Szkół Teatralnych powstało.

Ale zacznijmy od początku Czytaj dalej

Złośnica ocalona

Chociaż to właśnie na „Poskromieniu złośnicy” dostrzegłam niebywały potencjał w młodych aktorach Teatru Studyjnego i  rozpoczął się w ten sposób mój powrót do teatru, to jednak z perspektywy było to moim zdaniem najsłabsze ich przedstawienie. Tym bardziej zaskakiwały mnie głosy innych, którzy widzieli je później, że właśnie bardzo dobre, bardzo sprawnie opowiadające całą historię i ogólnie utrzymane w klimacie. Gdy taki pogląd wyraziła badaczka Szekspira i nawet stwierdziłam, że przedstawienie to jest lepsze niż takie grane w innym łódzkim teatrze – zawodowym, postanowiłam sprawdzić to organoleptycznie i ponownie „Poskromienie złośnicy” obejrzeć. Czytaj dalej

Leonce, Leonce … a potem długo nic

Kolejny dyplom w Teatrze Studyjnym. Jeszcze przed – myślę sobie, że może tym razem jeden aktor nie zdominuje mi całości przedstawienia, że może będę mogła skupić się na kimś innym, a on tym razem nie ściągnie sporego kawałka mojej uwagi. I zastanawiam się, czy nawet jeśli tak się nie stanie, to nie powinnam ciągle pisać o nim w samych superlatywach, że już dość, że już wystarczy.
A potem patrzę na niego na scenie i oczu nie mogę oderwać. Wiem, że na nic te moje przewidywania, zarzekania i obietnice, bo znowu pokazuje w pięknej formie to, czym jest teatr. Każdym słowem, gestem, a nade wszystko mimiką.

Paweł Dobek został w pewnym momencie tagiem na moim blogu i za każdym razem, gdy widzę go na scenie, za każdym razem, gdy o nim pisze, wiem, że nie mogło stać sie inaczej. Czytaj dalej

Aneks do szaleństwa

Nie cofam absolutnie niczego, co napisałam o tym przedstawieniu, a nawet po kolejnym w nim udziale chcę powiedzieć, że doświadczyłam tego bardziej. Jak często w teatrze pojawiają się ciarki… na kręgosłupie. Mój prywatny barometr intelektualno-artystycznej stymulacji na najwyższym poziomie. Uwielbiam ich i już mi przykro, że kiedyś ich w takim zestawieniu nie zobaczę. I chociaż miałam już o tym nie pisać, doświadczać tego tylko dla przyjemności, to czuję, że napisać muszę, bo jeśli tego nie zrobię, to będę totalnie niesprawiedliwa. Nie będzie długo (mam nadzieje), będzie krótko, bo to aneks jedynie, dodatek do tego, co napisane zostało, ale  uzupełnione być musi. Czytaj dalej